Kto zagrał, ten przegrał?
Od kilku dni bierzemy udział w wydarzeniu medialnym pt. „Kumulacja w Lotto”. „Przydałby się jakiś nowy samochód, może telewizor” - mówi jedna z grających, mając nadzieję na zgarnięcie przynajmniej części z 40 milionów. Piotr Gawron z Totalizatora Sportowego, który organizuje loterię, kusi na łamach „Rzeczpospolitej” w sposób niebanalny: „wygrać może każdy, kto da sobie szansę i zagra”.
Dzisiaj, gdy wiadomo już, że padło kilka szóstek, drobną wygraną pochwalił się nawet wicepremier Waldemar Pawlak. Jak dla mnie jest to spektakl dość smutny, bo państwowa loteria działająca na obecnych zasadach to nic innego, jak wykorzystywanie ludzkich złudzeń. Rodzaj atrakcyjnie opakowanego, szlachetnie uzasadnianego podatku, płaconego głównie przez warstwy gorzej wykształcone i nie najlepiej zarabiające.
Jak twierdzi niemiecki socjolog i psycholog, badacz gier losowych Mark Lutter, kto gra w totolotka, ten już przegrał, bo statystycznie połowa zainwestowanych środków przepada. Im częściej gramy, tym bardziej zbliżamy się do tego wyniku. Statystycznie lepsze rezultaty przyniosłoby umieszczenie pieniędzy na lokacie oszczędnościowej. Prawdopodobieństwo wygranej to 1 do 14 milionów, a np. w ruletce to 1 do 37. Co więcej, 92 procent badanych przez Luttera graczy stwierdziło, że nigdy nie liczą na wygraną. Po co więc gramy? Tak naprawdę w kolekturze nie płacimy za kupon. Kupujemy ulotne, trwające do momentu losowania złudzenia: nowe domy, samochody, podróże. Jednym słowem dobrobyt.
Statystycznie skłonność do gry spada wraz ze wzrostem wykształcenia. Co ciekawe, najczęściej w kolejce do kolektury wcale nie stoją bezrobotni czy najbiedniejsi. Główną klientelę stanowią ludzie mający stałą, choć nie najlepiej płatną pracę (a więc i środki na zakup kuponu). Wielu jest emerytów. Uważają, że zasługują na więcej, a jedyną możliwość awansu społecznego widzą w wygranej na loterii.
W Niemczech dochody państwa z gier losowych są wyższe niż z podatków z tytułu działalności gospodarczej. Nie wiem, jakie są dane z Polski, ale pewnie nie różnią się znacząco. Totalizator w świetle ustawy o grach losowych jest monopolistą, należącym całkowicie do Skarbu Państwa; 25 procent wartości każdego zakładu przekazywane jest do Ministerstwa Kultury i Ministerstwa Sportu. Oczywiście nie ma w tym nic złego, podobnie jak słuszne były pobudki, jakimi kierowano się przy organizowaniu pierwszych loterii. W czasach nowożytnych służyły one sfinansowaniu konkretnego przedsięwzięcia: rozbudowie miejskiego portu, odbudowie miasta po klęsce żywiołowej lub, tak jak w USA, stworzeniu biblioteki Uniwersytetu Harvarda.
Obecne, trwające permanentnie loterie to rodzaj podatku płaconego przez uboższą część społeczeństwa. Podatek ten wpływa do budżetu, a płatnicy nie mają pojęcia, na co zostaje przeznaczony. W warunkach polskiej, niesprawnej administracji spora jego część jest pewnie marnotrawiona.
W tym tygodniu rozpoczyna się w Polsce kampania reklamowa banku HSBC. Ten światowy gigant, mimo wiadomych trudności branży finansowej w Europie Zachodniej, kontynuuje politykę ekspansji na tzw. „rynkach wschodzących”: w Wietnamie, Indonezji, Czechach i właśnie w Polsce. U nas chce wzmocnić pozycję w segmencie klientów korporacyjnych i zamożnych. To świetna wiadomość dla polskiej branży reklamowej w obliczu spadku wydatków na marketing, jaki obserwujemy w ciągu ostatnich kilku miesięcy. To właśnie wchodzące na rynek silne marki zagraniczne, które muszą zmierzyć się z obecną tu od dawna konkurencją, wydają na marketing największe środki. Przyczynia się to do wzrostu całej branży.

