Archiwum: listopad, 2007


Neurotyczny biznesmen patrzy w gwiazdy

30-11-2007 | Skomentuj »

Wszyscy, którzy weszli wczoraj na stronę “Dziennika” natrafili być może na artykuł z “Metra” o wróżbitach specjalizujących się w przepowiedniach biznesowych. Czytamy między innymi: “Po porady wróżbitów coraz częściej sięgają także korporacje, które konsultują się z nimi w sprawie lokalizacji nowej siedziby czy terminu wypuszczenia na rynek nowego produktu. Ale po poradę astrologa przychodzą także szefowie, którzy zastanawiają się, kogo zwolnić, a kogo zatrudnić”. Takich głupot już dawno nie widziałem, choć może nie mam się co dziwić skoro np. gorących wyznawców ma tzw. medycyna alternatywna, a przecież termin budzi pusty śmiech nawet średnio rozgarniętego studenta medycyny. Kolejnym zabobonem z rzeszą wyznawców jest numerologia. Kilka miesięcy temu media donosiły o planowaniu ślubów na 07.07.07, a opiniotwórcze gazety (”Wyborcza” i “Rzeczpospolita”) zamieściły w tym dniu analizę numerologiczną. Skąd wśród ludzi tak mocna wiara w przepowiednie wróżek, cyganek i innych magików? Psychologowie poznawczy już dawno udowodnili, że choć przepowiednie z reguły się nie sprawdzają to ludzie uważają je za bardziej trafne niż są w rzeczywistości. Świetnie zapamiętujemy rzeczy, które zdarzyły się nam przez zbieg okoliczności akurat zgodnie z przepowiednią, umyka natomiast fakt, że prawie wszystkie inne okazały się błędne. Co więcej osoby bardziej neurotyczne czyli skłonne do lęku, pesymistycznie nastawione do świata szczególnie wierzą w astrologię i inne tego typu “mądrości”. Te dają złudne poczucie większej kontroli nad rzeczywistością. Już Kora śpiewała w piosence “Boskie Buenos” o astrologii i ciałach astralnych, które oczarowują ją przede wszystkim w Buenos Aires. Niestety oczarowanych jest więcej i to daleko od stolicy tanga.

Dawid ery fast food

29-11-2007 | Skomentuj »

Całkiem fajna reklama i hasło “Jeśli się nie ruszysz, utyjesz” autorstwa agencji Scholz & Friends na zlecenie Niemieckiego Komitetu Olimpijskiego. Twórczo wykorzystano m. in. jedną z najbardziej znanych rzeźb Michała Anioła przedstawiającego biblijnego Dawida tuż przed podjęciem decyzji o walce z Goliatem (druga wersja przedstawia Abrahama Lincolna). Również u nas PKOL mógłby pójść tą drogą - promowania aktywności fizycznej nigdy za mało. Według raportu WHO jesteśmy najmniej aktywnym narodem w Europie. Ponad 70 proc. Polaków nie wykonuje żadnych ćwiczeń fizycznych, a 10 proc. jedynie sporadycznie (czyli rzadziej niż raz w tygodniu).

gosfdavid.jpg

gosflincoln.jpg


źródło: Shedwa

Mac vs. PC cd.

29-11-2007 | 2 Komentarzy »

Załóżmy, że szukacie informacji o nowym systemie Microsoftu Vista. Wchodzicie na znany serwis Cnet.com, znajdujecie strony poświęcone Viście i co widzicie?mac1.jpg

Znajome twarze z porównawczej kampanii Apple “Get a Mac”, znanej również jako “Mac vs. PC”. Na początku roku omawialiśmy aspekt prawny i społecznościowy tych reklam. Najnowsza wersja to rewelacyjny (i nieco bezczelny, powiedzmy sobie szczerze!) przykład reklamy kontekstowej. Myślisz o nowym systemie, więc prawdopodobnie rozważasz zmianę komputera - może zatem skusisz się na Maca? Dobrze pomyślane i dobrze zrealizowane - warto zobaczyć.

Chcemy być sobą we własnym gronie

28-11-2007 | 4 Komentarzy »

Tym razem Grill IT rozpoczął się od końca. Dotychczas to ostatnia prelekcja była zazwyczaj najbardziej interaktywna, wczoraj zaś jako pierwszą zafundowano nam dyskusję “Trolling i Dzieci Neostrady w serwisach społecznościowych…” moderowaną przez Michała Stochmala z Opcomu.

Na tej dyskusji też się skupię, gdyż pozostałe dwie prelekcje, choć dla mnie osobiście niezmiernie interesujące, dotyczyły spraw związanych z zarządzaniem procesem produkcji oprogramowania oraz modelem zarządzania firmą przez współuczestnictwo (co ma być lekarstwem na problem rotacji wysoko wykwalifikowanych kadr).

Pierwsze wyjaśnienie: tutaj przez dzieci neostrady i trolle rozumiano każdego, kto w sposób niewłaściwy korzysta z danych mu narzędzi (np. spamuje), wprowadza chaos w dyskusjach, używa nieodpowiedniego języka. Paradygmatycznymi przykładami była Wikipedia (fałszywe wpisy), Onet (wszyscy wiemy) i dyskusje nie na temat w każdej społeczności (tu dyskusja kręciła się wokół Profeo, Ruah oraz Blogatora – nowego projektu Opcomu). Pojęcie trolli rozszerzono w dyskusji także na automaty spamujące fora i komentarze na blogach.

Serwisy społecznościowe rozwijają się wyjątkowo dynamicznie. Jednak treści w nich prezentowane nie świadczą o wysokiej zbiorowej inteligencji. Uczestnicy Grilla zgadzali się, że właściciel serwisu powinien mieć możliwość usuwania pewnych treści, osób i dyskusji. Można, jak w przypadku Profeo (o czym mówił Krzysiek Helak), właścicielem grupy uczynić jej twórcę i na niego przerzucić ciężar odpowiedzialności za merytoryczną wartość wpisów. Ważne jest, aby nie wylewać dziecka z kąpielą. Nie można zakładać, tworząc społeczność profesjonalistów, że wszyscy zawsze chcą rozmawiać tylko na poważne tematy zawodowe. Musi być miejsce na lżejsze rozmowy - podkreślał Krzysiek.

Tworząc społeczność mamy określony cel biznesowy i określonych adresatów – to od ich doboru zależy, jaki stopień wartości merytorycznej przekazu będzie tolerowany. Inny dla promujących się z imienia i nazwiska użytkowników GL i Profeo, inny dla anonimowych pieniaczy z forów Onetu.

W dyskusji dyskutowano nad dwiema strategiami walki ze szkodnikami:

  • Strategia oportunizmu (brak anonimowości)
    Metodą sumitowania samych użytkowników jest wymóg podawania prawdziwych danych. W serwisach społecznościowych służących autoprezentacji biznesowej (Facebook, GoldenLine, Profeo, BiznesNet) buduje się swój wizerunek eksperta – rzadko kto chce pod własnym nazwiskiem pozować na błazna. Jest to rodzaj autocenzury, wynikającej z instynktu samozachowawczego – dla kariery nie warto ryzykować. Kto tego nie rozumie, na pewno za jakiś czas dowie się o tym od kolejnego pracodawcy.
  • Strategia dostępności zasobów (płatny dostęp, ograniczenia w wiedzy)
    Tę kontrowersyjną tezę poddał pod dyskusję Kuba Krzych z Making Waves. Jako członek społeczności Second Life przedstawił prostą, acz skuteczną metodę - aby wrzucać śmieci, trzeba by mieć konto premium, wymagające dodatkowej opłaty, dlatego jeśli już ktoś się decyduje uczestniczyć w wymianie zdań, stara się powściągać swój polemiczny temperament. Przed epoką łatwego dostępu do Internetu mieliśmy ograniczenia w postaci przepustowości łączy, opłat za minuty połączenia modemowego - to wszystko podnosiło wartość czasu spędzanego w Sieci i ograniczało ilość głupoty, jaka w Internecie się ukazuje.Pewna część wartościowych zasobów Internetu jest płatna. Weźmy choćby czasopisma naukowe i fachowe poradniki (medyczne, prawne). Tak argumentowano. Jednak gros materiałów naukowych profesorowie udostępniają bezpłatnie – wolna wymiana myśli naukowej nie mogłaby się odbywać na zasadzie wymiany handlowej, z opłatami licencyjnymi, płatną subskrypcją itd. Sama wymiana wiedzy w branży IT przebiega przecież na bezpłatnych forach, gdzie profesjonaliści są skłonni dzielić się swą wiedzą (choćby w rodzaju „o tym już było na forum, poszukaj sobie i nie zawracaj głowy”).Wiedza jest też pewnym kryterium. Do uczestniczenia w wielu przedsięwzięciach konieczna jest znajomość angielskiego albo innej specjalistycznej wiedzy z określonego zakresu.

Na pograniczu tych dwóch strategii będzie wypracowany przez użytkownika awatar – będąc anonimowy, pozostaje jednak jakąś zasadą tożsamości, w dodatku osiągniętą pewnym nakładem zasobów (czas, jakieś fundusze, wiedza). Poświęcenie go dla miałkich celów jest po prostu nieopłacalne.

Ważnym wątkiem były też zagadnienia prawne związane z odpowiedzialnością prawną właściciela serwisu za treści wpisów. Tu odwoływano się do rozwiązań regulaminowych i wynikających z odpowiednich ustaw. Niestety, prawo jest jeszcze w tym zakresie ułomne, trudno mówić o jakichś jednoznacznych rozwiązaniach.

W kontekście moderowania, ograniczeń dostępu i kontroli treści nie mogło zabraknąć krytycznego głosu obrońcy wolności słowa. Internet to platforma wymiany dowolnych poglądów, a każda forma ich kontroli może w rezultacie doprowadzić do Chin – argumentował Andrzej Brandt przejaskrawiając cały problem. Wolność słowa to wartość sama w sobie, nawet jeśli anonimowa, dlatego zapędy elitarystów są nie na miejscu. Postawa typu „odsiejmy głupi plebs, który nie ma pieniędzy” (lub wiedzy, lub nie chce, aby go identyfikować) może prowadzić w rezultacie do odrodzenia wszelkich form cenzury, do wspomnianych wyżej praktyk Państwa Środka. Ten głos zabrzmiał mocno, a chodzi przecież jedynie o podniesienie jakości wypowiedzi, nie o usuwanie niewygodnych treści. Andrzej zresztą podał ciekawy przykład inicjatywy opensourcowej „The stupid filter”, gdzie na komentarzach z YouTube maszyna uczy się, jak odsiewać głupie komentarze. Niestety, tylko w języku angielskim.

Cała krakowska dyskusja dotyczy podobnych problemów, które równolegle były omawiane w Warszawie przy okazji promocji książki Andrew Keena „Kult amatora” (niedługo będziemy mieli relację) oraz zagadnienia wartości treści w Internecie, o czym już pisałem. Dotyczy też specyficznego rozumienia Web 3.0 – gdzie zmęczeni zalewem tandety eksperci chcieliby tworzyć przestrzeń wolności tylko dla siebie, z miejscem na rzeczową, moderowaną oraz redagowaną dyskusję.

Chcesz zobaczyć kibola?

27-11-2007 | Skomentuj »

Angielska drużyna piłkarska przegrała z Chorwacją i nie zagra w finałach mistrzostw Europy w przyszłym roku. Do Austrii i Szwajcarii nie pojadą więc też słynni angielscy kibice, których mieszkańcy alpejskich miasteczek na pewno nie mogli się doczekać. No, ale zawsze jest szansa na spotkanie kilku okazów w ich ojczyźnie. Do najgorszego stereotypu chuligana z Wysp odwołuje się reklama trasy Londyn-Bruksela linii kolejowych Eurostar:

eurostaes_800x344.jpg

Reklamy z angielską wersją Mannekena Pisa ukazały się w Belgii, wywołując - jak twierdzi rzecznik prasowy firmy - niezwykle żywy i pozytywny oddźwięk. W Anglii efekt był oczywiście odwrotny, czyli wszystko poszło zgodnie z planem. Kiedyś Eurostar naśmiewał się z Jej Królewskiej Mości i, o zgrozo, ze Spice Girls i za każdym razem udawało im się wymyślić coś, co wszystkie angielskie media zgodnie krytykowały. A to wcale niemała sztuka.

Jesteśmy częścią wielkiej zmiany

26-11-2007 | Skomentuj »

Na kongresie Internet i media pierwsze dwie prelekcje miały zbudować kontekst – umiejscowić całą problematykę w rzeczywistości mediów (Dominik Kaznowski) oraz kultury (Marek Ścibor z Polityki).

Dominik Kaznowski zaprezentował przegląd obszernej problematyki, analizę pozostawiając nam, w duchu współczesnego modelu podawania informacji, gdzie z mozaiki wielu kawałków każdy powinien sam sobie wytwarzać własny obraz. Choć nie jest to zgodne z bardziej tradycyjną formą wykładów, pozwala przynajmniej zaprezentować zestaw przykładów.

Zresztą, jak za Jenkinsem powtarzał Marek Ścibor – jeszcze nie wiemy, dokąd nas zmiany poprowadzą, jeszcze eksplorujemy rozmaite kierunki, jako obserwatorzy bądź biznesmeni, zatem trudno przedstawiać wnikliwe analizy, lepiej zaprezentować wachlarz istniejących rozwiązań. Najlepiej działać, wypróbowywać dostępne narzędzia w sposób przewidziany lub niezamierzony. Coś nowego z tego wyniknie.

Pojęcie rewolucji cyfrowej dotyczy właśnie nas, naszego stylu życia, nie tylko mediów, przekonywał na kongresie Dominik Kaznowski. (R)ewolucja dzieje się na naszych oczach, to nasze działania (i zaniechania) prowadzą do (nieznanego jeszcze)  nowego kształtu mediów. Na poparcie tej tezy przedstawił przykłady wpływu technologii na nasze codzienne zachowania i przyzwyczajenia: popularność fotografii cyfrowej, przenośnych komputerów, rosnącą moc obliczeniową, rozwój GPS.

Nowe media nie zastępują wprost starych, ich ekspansję ograniczają trzy obszary:

  • Lenistwo użytkowników – to ono pozwala na rozwój tradycyjnym mediom, nie dającym wyboru, mediom, z których chcemy korzystać, ale w których nie chcemy uczestniczyć. Użytkownik mediów – słowo to zastąpiło na czas kongresu czytelnika, widza i słuchacza, zresztą dużo lepiej oddaje rolę współczesnego uczestnika przemian.
  • Czas i uwaga użytkowników – do tych dwóch nieodnawialnych i dość ograniczonych zasobów pretendują wszyscy, licząc po cichu na zmieniający się model korzystania z mediów. Tu słowem-kluczem jest zdaniem Marka Ścibora z Polityki multitasking, wielozadaniowość przeciętnego młodego internauty, potrafiącego jednocześnie słuchać radia, oglądać filmy, grać w gry i wysyłać SMS-y. Równie ważne są „media osobiste”, te, które mamy przy sobie – to one wygrają ten pojedynek, tę walkę w świecie nadmiaru. Aktywny użytkownik sięga po to, co ma najbliżej – komórkę, konsolę, komputer.
  • Twórczość własna – zakłada się, że użytkownicy chcą brać udział w tworzeniu zawartości mediów. To stoi w sprzeczności z pierwszym punktem, ale tylko pozornie. Podobno tylko 1% tworzy naprawdę, 9% im sekunduje, a pozostałe 90%  – jedynie się przygląda. Jednak to te pierwsze 10% kształtuje obraz świata i opinie pozostałych – a to bardzo wiele. O nich też toczy się walka.

Jak widać, każdy z tych obszarów dotyczy konsumenta mediów, to on jest bohaterem. Dotychczasowa debata na temat roli konsumenta w marketingu przenosi się wprost do mediów: jego rola jest właśnie taka, to prosument współkształtujący produkt. Produkt zaś, jak mówią nam kanony brandingu przywołane przez Piotra Surmackiego z Point Group, musi się jakoś wyróżnić. Tym wyróżnikiem ma być własna, autorska treść, bo ona zapewnia zainteresowanie użytkowników.

Media muszą wyprzedzać użytkownika, który z biernego widza stał się aktywnym poszukiwaczem. Nie czeka na wiadomości, sam po nie sięga. Na nic przerwa reklamowa przed programem informacyjnym – w tym czasie zdąży już przeczytać, co go interesuje i obejrzeć materiały wideo oraz zdjęcia z miejsca zdarzenia dostarczone przez innych internautów. Zaoszczędzony w ten sposób czas musi jakoś wykorzystać. I to właśnie jest zasób, o który toczy się wojna, co podkreślali niemal wszyscy prelegenci.

Zmiana modelu biznesowego jest oczywista: rzadko kto zarabia na treści, której użytkownik oczekuje za darmo, nie da się też konkurować na papierze na rynku ogłoszeń drobnych, które też są w Internecie bezpłatne (casus Craigslist, którego właściciel po prostu nie chce zarabiać więcej, a skutecznie niszczy prasę papierową).

Najpopularniejszym modelem jest zarabianie na reklamie, w modelu sprzedaży odsłon, przy czym z uwagi na nowe technologie (Ajax, wideo na stronach) trudno ten model dłużej utrzymywać. Oczywiście istnieją już dużo lepsze metody reklamy w Internecie. Tu chodziło jedynie o wskazanie, że dla przyszłości tego modelu ważniejsza będzie autorska zawartość serwisu internetowego i jego wierna widownia, niż ilość odsłon i ogólna popularność, czyli mnóstwo krótkich wizyt.

Tak czy inaczej wydatki na reklamę w Internecie rosną dynamicznie, co w kontekście jego największego potencjału multimedialnego nie dziwi. Na pytanie skierowane do Wiesława Podkańskiego z Axel Springer o to, czy wydawcy wyjdą z drukarni, jeśli na Internecie zarobią więcej, ten odpowiedział od razu „Pewnie, że wyjdą”, po czym lekko się żachnął dodając „Oczywiście, jest jeszcze społeczna rola mediów…”.

Nawet tu Internet ma przewagę: obecnie wiarygodność to najtwardsza waluta blogerów i forumowiczów, a nie dziennikarzy.

Najważniejsza jest autorska zawartość

25-11-2007 | 3 Komentarzy »

Na blogach Mediafun i Media Cafe rozwija się dyskusja wokół pseudobloga składającego się z przedruków. Jest i o prawie autorskim (zasady przedruków, plagiat, prawidłowe cytowanie), i o etyce blogosfery (dobre praktyki wymiany opinii między blogerami, wzajemne odniesienia itp.). To ważna dyskusja i należy się z nią zapoznać. Stanowi pewien etap samoregulacji polskiej blogosfery i na pewno stanie się przedmiotem zajęć z prowadzenia bloga, które prowadzi Maciej Budzich.

Tym, co różnicuje media (zarówno tradycyjne, jak i nowe), jest ich autorska zawartość. Wartość stanowi przepracowanie tematu przez oryginalnego twórcę, który pragnie podzielić się własną opinią bądź informacją gdzieś pozyskaną. Sama kopia, plagiat, przedruk, a nawet cytat nie są sensownym rozwiązaniem także z tego powodu, że prawidłową formą odniesienia w Internecie pozostanie na zawsze link. Zakładając, że jeden wpis to zazwyczaj jedna opinia, nie zaś złożony elaborat, nie ma nawet potrzeby cytowania, wystarczy podlinkowane omówienie w trzech słowach.

Na ostatniej konferencji Internet i Media wiele się mówiło o wartości tekstów autorskich, o tym, że to, co własne, niepowtarzalne, różnicuje media, szczególnie w Internecie, gdzie te same informacje dostępne są z wielu źródeł. I nie była to dyskusja akademicka, chodziło o wymiar czysto biznesowy. To właśnie treść ma stanowić nowy element przyciągający reklamodawców, gdy stary model masowej reklamy internetowej będzie należało uzupełnić bardziej precyzyjnym narzędziem. Dlatego tak ważne także dla blogerów jest prawo autorskie (w końcu kiedyś zacznie przekładać się na realne dochody). Na szczęście nowe media (w tym blogi) są chętniejsze do dzielenia się własną zawartością choćby na zasadach którejś z licencji creative commons. Do przywoływanego wyżej przypadku nie ma to jednak zastosowania. Tam doszło zwyczajnie do nadużycia.

Pracownik tymczasowy tylko bez komórki

24-11-2007 | Skomentuj »

Jak podało BBC, polski pracownik tymczasowy próbował szantażować jeden z brytyjskich zakładów mięsnych na podstawie własnoręcznie spreparowanych zdjęć. Wykonał je wszystkie przy pomocy telefonu komórkowego. Wszystkie podobno były aranżowane i zdaje się w miejscu pracy, gdyż zgodnie z datą wykonania wszystkie zostały wykonane na terenie firmy i w czasie pracy szantażysty. Było w sumie 819 zdjęć i 23 krótkie filmy. Polak zamierzał sprzedać je konkurencji, jeśli nie otrzyma stosownej pomocy finansowej od firmy. Pierwszym żądaniem zaś była praca na etat dla niego i jego znajomych.

Zagrożeniem dla wizerunku firmy są nie tylko blogi niechętnych lub rozczarowanych konsumentów, lecz również pracownicy, którzy świadomi są niebezpieczeństwa płynącego choćby nawet z fałszywych oskarżeń.

Komunikacja wewnętrzna i dbanie o pracownika ma sens, gdy jest on na etacie. Nikt nie będzie “lojalizował” pracowników tymczasowych. A to właśnie oni nie mają wiele do stracenia planując tego rodzaju działania. Niestety firmy wolą bardziej inwestować w działania CSR przynoszące zysk ich publicznemu wizerunkowi, przy jednoczesnym zmniejszaniu zatrudnienia we własnej firmie.

Tu pojawia się problem, jak spowodować, żeby pracownicy tymczasowi traktowali swoje zajęcia z należytą starannością i dbaniem o dobry wizerunek firmy. Można im wprawdzie zabronić posiadania w pracy komórki, ale nie jest to żadne rozwiązanie. Można zwiększyć kontrolę, montować kamery i inteligentne systemy monitoringu, to jednak podobno wcale nie poprawia osiąganych rezultatów.

Może rozwiązaniem byłoby CSR skierowane na własne “zasoby ludzkie”? Z punktu widzenia PR to jednak żadna korzyść: przyjmuje się, że pracodawca ma zapewnić dobre warunki, więc informacja, że komuś się dobrze pracuje, jest żadną informacją. Wszyscy oczekujemy wpadki pracodawcy. Nawet najnowsza reklama McDonald’s została w ten sposób potraktowana przez Mediafuna.

To pracownik jest zagrożeniem. Z komórką. Także dla PR-owca.

Multimedialna homogenizacja mediów tradycyjnych

23-11-2007 | 1 Komentarz »

Konferencja Internet i media zarysowała tak wiele obszarów problemowych, że nie sposób tego zmieścić w jednym wpisie.

Najpierw porównanie: w konferencji wzięli udział przedstawiciele tradycyjnych mediów, szukających swojego miejsca w nowej rzeczywistości medialnej. Zarówno Krzysztof Nepelski (RMF FM), jak i Wiesław Podkański (Axel Springer), a nawet Dominik Kaznowski (Agora) reprezentowali tę samą stronę. Piszę tak, aby porównać to z podobną konferencją (Wierchomla), w której miałem przyjemność wziąć udział, a której uczestnikami byli ludzie jakby ze środka zmian. (Nie dokończyłem omówienia tamtych wątków, pozostały kwestie poruszane przez Alka Tarkowskiego – istotne dla zrozumienia zarówno nowego społeczeństwa sieciowego, jak i nowych modelów biznesu, które właśnie powstają - wkrótce).

Rozróżnienie zaproponowane w Wierchomli przez Urbanowicza na medium (TV, prasa, telewizja, radio, portale itd.) i platformę (Internet) wydaje się bardziej oddawać sens nowego paradygmatu zmian w mediach, aniżeli rozważania usiłujące definiować nowe zjawiska internetowe nadal w paradygmacie medium. To rozróżnienie pozwala intuicyjnie choćby dostrzec istotne różnice: to nie kanał komunikacji, a miejsce, gdzie każdy kanał może się rozwijać na swój własny sposób.

Tu jednak powstaje pewien problem w wizji rozwoju prezentowanej przez przedstawicieli tradycyjnych mediów obecnych na kongresie. Sprowadzała się ona głównie do multimedialności przekazu i interakcji z odbiorcą („użytkownikiem”, jak przyjęli go określać). Zarówno prasa elektroniczna (przez sięganie po przekaz streamingowy i narzędzia społecznościowe), jak i telewizja (z samej swej istoty), a nawet radio (mimo ogromnych oporów Nepelskiego, aby nazwać nową formułę radia RMF MAXXX TV, czyli mieszankę teledysków i wystąpień DJ-ów w blue boksie telewizją), wszystkie te media idą w tym samym kierunku. Multimedialność, kontakt z użytkownikiem – wkrótce trudno będzie odróżnić poszczególne media w Internecie. Pochodzenie nie będzie niestety żadnym wyróżnikiem, choćby nie wiem jak argumentowano. Konsumpcja multimediów będzie podobna, czy to w “prasie” z materiałami multimedialnymi, czy w “telewizji” z tekstami redakcyjnymi towarzyszącymi obrazowi. Konkurencja odbywać się będzie na innych płaszczyznach. Dla prelegentów było jasne, że najważniejsza będzie atrakcyjność i wyjątkowość treści przekazu (”unikalność kontentu” w konferencyjnym żargonie).

Na obu przywoływanych konferencjach specjaliści zgadzają się, że nastąpi w związku z tym podział na producentów oraz dystrybutorów treści – ci drudzy będą odpowiedzialni za znalezienie wszelkich możliwych form, w jakich będzie można upchnąć tę samą treść, aby dotrzeć do różnych grup docelowych (podobną opinię wyrażał Maciek Klepacki z Bankier.tv).

Czy tradycyjne media zajmą się dystrybucją, czy tworzeniem nowych kanałów? Z wystąpień wynikało, że to dystrybucja jest ich nowym zadaniem, chociaż podkreślali wagę odpowiedniego doboru zawartości mediów. To był osobny wątek dotyczący jakości przekazu tworzonego przez redakcje, społeczności bądź internautów samych: kontrola jakości i wartości informacji versus banalizacja treści tworzonych przez użytkowników (UGC - user generated content). To temat na kolejny wpis.

Teraz warto podkreślić ten aspekt dystrybucyjny: mediów jako pośredników, brokerów informacji, rozrywki czy wiedzy, dostarczanej na wszelkie sposoby, jakie powstaną w wyniku rozwoju technologicznego.

Dbaj o swojego przyjaciela

23-11-2007 | Skomentuj »

Warto pielęgnować przyjacielskie relacje bo o zaniedbania łatwo, a konsekwencje bywają dotkliwe - co ukazuje ten australijski spot: