Archiwum: sierpień, 2006


Nie trzymać pod korcem!

28-08-2006 | Skomentuj »

Sezon ogórkowy dobiega szczęśliwie końca, niektórzy przewidująco myślą już o gorącym marketingowo końcu roku. Inni szukają nowych dróg dotarcia do niszowych odbiorców, często trudnych do osiągniecia inny sposobem.

Marketing bezpośredni rozwija się szybko, jego udział w budżecie marketingowym wciąż rośnie. Nie jest jednak z założenia tak znany, jak „zwykła” publiczna reklama – ma wszak docierać bezpośrednio do zainteresowanych. A szkoda, bo często spektakularność i pomysłowość działań bezpośrednich przewyższa niejedną kampanię reklamową.

Paradygmatem dla wielu firm są jednak nadal kampanie medialne. To one przyciągają uwagę szerokich rzesz odbiorców, to wokół nich kręcą się pozostałe działania. Często tak musi pozostać, bo wynika to z natury reklamowanego produktu.

Jest jednak całe morze produktów i usług, których czy to z uwagi na specyfikę, czy grupę docelową nie da się promować w mediach masowych. Niech „ogórkowe pozdrowienia” agencji iN PLUS PR będą przykładem na to, że warto nas o takich akcjach powiadamiać.

Czekamy na sygnały od Państwa.

Nie zapomnij o niej

22-08-2006 | Skomentuj »

Rozszerzanie kategorii to strategia, o której guru marketingu wypowiadają się z zastrzeżeniami - a jednak wykorzystywana jest często. Zakłada się, że splendor już istniejącej marki przeniesie się na kolejne produkty.

Gdy typowo męska marka odzieżowa rozpoczyna starania o nową grupę konsumentek, tworząc propozycje dla obu płci, postępuje jak chyba większość marek odzieżowych. W istocie rezygnuje z wyróżnika kosztem dotychczasowych klientów.

Inne działanie podjął Raiffeisen Bank w Austrii. Przeprowadza eksperyment tworząc bank wyłącznie dla kobiet. To kanoniczny krok, różnicujący dotychczasową markę w celu zagarnięcia konkretnej grupy docelowej. Przyczyniły się do niego wyniki badań, że zwyczaje i zachowania kobiet różnią się w sposób wyraźny od męskich. Tylko pozostawienie tej samej nazwy banku wprowadza pewną niespójność.

Chociaż w Polsce opary egalitaryzmu wciąż przesłaniają tę prostą prawdę, różnice należy podkreślać, nie niwelować. Czy to będzie nowy produkt, czy nowa grupa docelowa – odróżnianie jest najważniejsze. Nie ma miejsca dla tolerancji.

Marketing to nie myślenie życzeniowe, ani polityczna poprawność. Chcąc w nim działać, należy widzieć prawdę o klientach, bo ona może poprowadzić do sukcesu. Granice prawdy często jednak wyznacza budżet, stąd łatwość wiary w skuteczność rozszerzania kategorii.

Niezdrowy rozsądek

15-08-2006 | Skomentuj »

Mówi się „Vox populi vox Dei” – głos ludu głosem bożym. W marketingu wydaje się, że tak właśnie powinno być. To potrzeby konsumentów wyznaczają pole manewru firm, nadają sens ich poczynaniom. Czy to jednak oznacza, że wystarczy zapytać konsumentów, wystarczy wsłuchać się w ich deklaracje? Czasem zapewne tak. Możemy jednak stracić z pola widzenia to, co być może ważniejsze – rzeczywiste, a niewypowiedziane?

Ludzie nie mówią o tym, czego naprawdę potrzebują. Nie mówią, w jaki sposób naprawdę dokonują wyborów produktów, bo tego zwyczajnie nie wiedzą. Samoświadomość, ten wynalazek nowożytnych filozofów na niewiele się przydaje przy półce sklepowej. Powierzchowne racjonalizacje bardziej skrywają, niż ujawniają prawdziwe przyczyny zachowań.

Jak przekonują nas naukowcy i firmy badawcze, koniecznością staje się sięganie poza słowa – po obrazy warte tysiąca słów lub zachowania przeczące racjonalnym deklaracjom. Dzięki nim możemy dojść do wniosków nieintuicyjnych, niezgodnych z potocznym doświadczeniem.

Ostatnio wiele słychać o inteligencji zbiorowej. Jest argumentem na rzecz demokracji, ma świadczyć o dochodzeniu do wiedzy drogą konsensusu, nie poprzez badania. Radio TOK FM przeprowadza właśnie eksperyment bliski wierze w tę formę inteligencji, ale nawet ta stacja zaprasza doradców, aby pokierowali postępowaniem słuchaczy.

Póki naukowcy nie znajdą dla niej właściwej dziedziny, inteligencja zbiorowa co najwyżej może decydować o przetrwaniu lub spektakularnym zniszczeniu samochodu. To interesujące dowiedzieć się, czy ludźmi kieruje bezwzględność czy miłosierdzie. Odpowiedź już w niedzielę.

Dobre wychowanie na etykiecie

07-08-2006 | Skomentuj »

Dlaczego właściwie mamy dbać o siebie i otoczenie? Dlaczego nie wrzucamy plastikowego opakowania do pojemnika na szkło? Dlaczego koleżankom nie przyklejamy do włosów gum do żucia? Dla kogo dbamy o sprawność fizyczną i ogólnie – zdrowie i dobre samopoczucie?

Jeśli nie zachowujemy się przyzwoicie, bo tak zostaliśmy wychowani w domu, robimy to, aby być dobrymi klientami - aby spełniać oczekiwania firm. One prześcigają się w tworzeniu gotowych recept na godne życie dobrej jakości - dla niesfornego dziecka, “białego kołnierzyka” czy weekendowego klienta hipermarketu.

Czasem przybiera to formy groteskowe w postaci „etykiety żucia gumy”, która jest podawana jako element nowej „subkultury dziecięcej”. Autorzy tego pomysłu mają wyjątkowo pesymistyczne zdanie na temat poziomu naszego wychowania. Subkultura to wszak rodzaj „podkultury”, negującej część powszechnie akceptowanych zachowań. Czyżby dobre wychowanie było aż tak źle widziane w Polsce?

Gumami należy częstować – tak głosi jedna z zasad etykiety. Pod charakterem promocyjnym tego postulatu kryje się całkiem sensowna zasada, aby promować zachowania altruistyczne. Może to jedna z jaskółek marketingu syntonicznego, o którym mówiła Beata Mazurek-Kucharska?

Rynek kosmetyków, zdrowej żywności czy suplementów diety nie byłby tym, czym jest, bez przekształcenia stylu naszego życia. Na przykładzie tych branż widać najlepiej edukacyjną siłę marketingu. Dzięki wyrafinowanym technikom perswazji reklamowej dokonało się wiele pozytywnych zmian w naszym życiu.

Ważne jest jednak, aby klient pozostawał w przekonaniu, że to on jest podmiotem własnych decyzji, że nie robi tego wszystkiego pod wpływem reklamy. I to chyba również się udało: przecież Polacy twierdzą, że nie lubią reklam i im nie ulegają. To dopiero finezja.