Archiwum: 'Przegląd prasy' Category


Kto zagrał, ten przegrał?

30-09-2009 | 1 Komentarz »

Od kilku dni bierzemy udział w wydarzeniu medialnym pt. „Kumulacja w Lotto”. „Przydałby się jakiś nowy samochód, może telewizor” - mówi jedna z grających, mając nadzieję na zgarnięcie przynajmniej części z 40 milionów. Piotr Gawron z Totalizatora Sportowego, który organizuje loterię, kusi na łamach „Rzeczpospolitej” w sposób niebanalny: „wygrać może każdy, kto da sobie szansę i zagra”.

Dzisiaj, gdy wiadomo już, że padło kilka szóstek, drobną wygraną pochwalił się nawet wicepremier Waldemar Pawlak. Jak dla mnie jest to spektakl dość smutny, bo państwowa loteria działająca na obecnych zasadach to nic innego, jak wykorzystywanie ludzkich złudzeń. Rodzaj atrakcyjnie opakowanego, szlachetnie uzasadnianego podatku, płaconego głównie przez warstwy gorzej wykształcone i nie najlepiej zarabiające.

Jak twierdzi niemiecki socjolog i psycholog, badacz gier losowych Mark Lutter, kto gra w totolotka, ten już przegrał, bo statystycznie połowa zainwestowanych środków przepada. Im częściej gramy, tym bardziej zbliżamy się do tego wyniku. Statystycznie lepsze rezultaty przyniosłoby umieszczenie pieniędzy na lokacie oszczędnościowej. Prawdopodobieństwo wygranej to 1 do 14 milionów, a np. w ruletce to 1 do 37. Co więcej, 92 procent badanych przez Luttera graczy stwierdziło, że nigdy nie liczą na wygraną. Po co więc gramy? Tak naprawdę w kolekturze nie płacimy za kupon. Kupujemy ulotne, trwające do momentu losowania złudzenia: nowe domy, samochody, podróże. Jednym słowem dobrobyt.

Statystycznie skłonność do gry spada wraz ze wzrostem wykształcenia. Co ciekawe, najczęściej w kolejce do kolektury wcale nie stoją bezrobotni czy najbiedniejsi. Główną klientelę stanowią ludzie mający stałą, choć nie najlepiej płatną pracę (a więc i środki na zakup kuponu). Wielu jest emerytów. Uważają, że zasługują na więcej, a jedyną możliwość awansu społecznego widzą w wygranej na loterii.

W Niemczech dochody państwa z gier losowych są wyższe niż z podatków z tytułu działalności gospodarczej. Nie wiem, jakie są dane z Polski, ale pewnie nie różnią się znacząco. Totalizator w świetle ustawy o grach losowych jest monopolistą, należącym całkowicie do Skarbu Państwa; 25 procent wartości każdego zakładu przekazywane jest do Ministerstwa Kultury i Ministerstwa Sportu. Oczywiście nie ma w tym nic złego, podobnie jak słuszne były pobudki, jakimi kierowano się przy organizowaniu pierwszych loterii. W czasach nowożytnych służyły one sfinansowaniu konkretnego przedsięwzięcia: rozbudowie miejskiego portu, odbudowie miasta po klęsce żywiołowej lub, tak jak w USA, stworzeniu biblioteki Uniwersytetu Harvarda.

Obecne, trwające permanentnie loterie to rodzaj podatku płaconego przez uboższą część społeczeństwa. Podatek ten wpływa do budżetu, a płatnicy nie mają pojęcia, na co zostaje przeznaczony. W warunkach polskiej, niesprawnej administracji spora jego część jest pewnie marnotrawiona.

Jest ryzyko, nie ma zabawy?

20-05-2009 | Skomentuj »

Dzisiejsza „Gazeta Wyborcza” donosi o kłopotach serwisu Monetto.pl, który zarabiał na pośredniczeniu we wzajemnych pożyczkach udzielanych sobie przez internautów.  Szybko pojawiły się opinie:

kolejny parabank, kolejni uszikani i naiwni ludzie zrobieni w konia :( piotras_wlkp

Jest jakas granica ludzkiej glupoty???? Wg mnie takie portale to zdecydowanie
jakieś obszary bliskie dnu, ale jak widac tysiace osob “robia interes”….  maniek_ok

Na szczęście są też inne, bardziej zrównoważone opinie; w końcu przyczyn kłopotów Monetto może być  mnóstwo. Niemniej takie komentarze internautów przypomniały mi rozmowę z Łukaszem Banachem, gdy kilkanaście miesięcy temu pisałem artykuł o social lending i debiucie Monetto. Zapytałem, czy nie obawia się panującego nad Wisłą braku zaufania między ludźmi, na co mój rozmówca odparł, że Polska nie różni się pod tym względem od innych krajów. Może był to urzędowy optymizm, bo jak powiedział niedawno prof. Janusz Czapiński w wywiadzie dla „Polityki”, poziom kapitału społecznego jest u nas najniższy na świecie: przeciętny Polak ufa jedynie rodzicom, dzieciom, żonie lub mężowi, szwagrowi i jednemu lub dwóm przyjaciołom. Całą resztę uznaje za obcych, od których nie ma prawa oczekiwać lojalności i uczciwości. Zagadnienie kapitału społecznego komentuje również na swoim blogu Grzegorz Kosson.

Wawel, Syrenka czy… John Cleese

17-09-2008 | 1 Komentarz »

Donald Tusk ogłosił jakiś czas temu, że euro wprowadzimy w 2011 roku, co - jak twierdzą eksperci - ze względów proceduralnych będzie niemożliwe, a walutę będziemy mogli zmienić najwcześniej w 2012 roku. Tak czy inaczej, branża reklamowa może zacierać ręce. Mistrzostwa Europy to łakomy kąsek, ale kto wie, czy równie dużych zysków nie przyniosą kampanie reklamowe będące wynikiem sporu miast i regionów o symbole, które znajdą się na polskiej wersji monet euro. Pisze o tym dzisiejsza „Gazeta Wyborcza”.

Czytamy, że Kraków chce umieścić Wawel, stolica Syrenkę, a Zakopane Tatry („Tatrzański szczyt Krywań postanowili bić na swoich euro Słowacy. Nie może być tak, by Tatry kojarzyły się w Europie tylko ze Słowacją”). Chwileczkę, a co z Gdańskiem (stocznia), Wałbrzychem (zielone wzgórza i kopalniane szyby) czy Włoszczową (dworzec)? Nie zapominajmy o Sośnicy – największy węzeł autostradowy (A4 i A1) w Europie, który tam powstanie, trzeba promować! W przeciwnym razie w umysłach Europejczyków zakorzeni się mniemanie, że większy splot autostrad mają Hiszpanie, Francuzi czy (nie daj Boże) Niemcy. Warto byłoby też zadośćuczynić niemal pewnym żądaniom mieszkańców Pcimia, którzy na monetach chcieliby zobaczyć wizerunek Johna Cleese’a mającego w ich miejscowości rodzinę.

Jasne, podyskutować zawsze można. Jeśli trafiłaby się pomysłowa, nieszablonowa kampania, to jeszcze lepiej. Obawiam się jednak, że zamiast dyskutować o ekonomicznych aspektach przyjęcia nowej waluty, całkowicie pogrążymy się w wielomiesięcznych, banalnych kłótniach i swarach podsycanych ambicjami i kompleksami lokalnych społeczności.

Z duchem czasu

18-06-2008 | Skomentuj »

Nowym towarem eksportowym Krakowa jest strategia dla miast i regionów. Po tę specjalność sięga tym razem agencja Demo – dla Gdańska. Niestety, goniąc po Polsce oddali warszawiakom z Bakalii pole (a właściwie halę) w Tatrach.

Kraków nie jest tu szewcem, co bez butów chodzi, wszyscy już chyba słyszeli o strategii 6 zmysłów i niechęci do rozrywek ludycznych w naszym grodzie. Mimo to zapraszam na targi benedyktyńskie w najbliższy weekend do Tyńca, gdzie mnisi będą prezentować klasztorne smakołyki i swój pomysł na własną markę.

Pozostając w kręgu tradycji, warto wspomnieć o ciekawej propozycji brandingowej dla marki Abizol – produkt dla dekarzy reklamowany jest wspominkami po robotniczej przeszłości peerelu. Dekarze się ucieszą, poczuwają się z pewnością do solidarności z robotnikami zakładów wielkoprzemysłowych.

Symbolem czerwca za to jest piłka na płaskim ekranie, więc zarówno w hipermarketach, jak i na ekranach laptopów (nie wspominając o rynkach, pubach, klubach i piwnicach) króluje sport. Przez ten szum ani ambientowe Desperados, ani szokujący Wojewódzki się nie przebiją.

Świat na szczęście nie kończy się na piłce. Niedawno zaprezentowano pierwszego w Polsce wnioskującego chatterbota, który na podstawie różnych zbiorów danych potrafi wywnioskować pewne proste prawdy o świecie, nie zawarte explicite w tych zbiorach.

Jestem sceptykiem, jeśli chodzi o sieć semantyczną, osławione Web 3.0, ale wszelkie próby wprowadzenia języka naturalnego do Internetu uważam za wartościowe. Gdzieniegdzie wystarczyłyby nawet słowniki ortograficzne.

Interesującą innowacją jest również Address Points, połączenie mapy cyfrowej z bazą socjo-ekonomiczną: narzędzie do analizowania potencjału punktów sprzedaży, precyzyjnego geomarketingu czy planowania akcji marketingu bezpośredniego. Podobną rzecz już dziesięć lat temu można było zobaczyć na prezentacjach Claritasu (obecnie Acxiom).

Nowe rozwiązania technologiczne niekoniecznie muszą być prezentowane w światłach jupiterów i dymach start-upów. Obecnie garaż jest symbolem śpiesznej pogoni za trendami, prawdziwi rewolucjoniści mogą pracować nawet w open space.

Picie kawy zwiększa podatność na argumenty

15-06-2008 | Skomentuj »

Jak donosi New Scientist, badania wykazały, że picie kawy prowadzi do większej podatności na argumenty, nawet gdy są one przeciwne naszym dotychczasowym poglądom. Naukowcy zastanawiali się, czy jest to wynikiem poprawy nastroju, czy koncentracji i oceny poznawczej wartości argumentów.

Z przeprowadzonych testów wynika, że jednak to drugie wchodzi w grę. Unikajmy więc kawy w dyskusjach światopoglądowych, żeby nie dać przeciwnikom satysfakcji z przekonania nas, pijmy zaś ją, gdy trzeba dojść wspólnie do jakichś pomysłów i rozwiązań.

Siła innowacji

11-06-2008 | 1 Komentarz »
Tym, co wkrótce będzie stanowić o sile regionu, stanie się nie tyle potencjał turystyczny, ale kulturalny: bogactwo imprez dla bardziej wyrobionego odbiorcy, zdolność do aktywizacji lokalnej społeczności i bogata oferta pozwalająca jej na samorealizację. Nie bez znaczenia zawsze pozostanie odpowiedni klimat inwestycyjny rozwijający skrzydła innowacyjności. I nie chodzi wyłącznie o sferę dóbr i usług wysoko przetworzonych, ale o wprzęgnięcie w biznesowe jarzma tak pogardzanej przez wielu kultury wysokiej.

Prelegenci na konferencji EKON w Krakowie pokazali, że to jest możliwe, że pozostaje w kręgu możliwości odpowiednio zmotywowanych organizacji i jednostek. Potrzeba jeszcze wprawdzie wiele energii: wielu porażek, inicjatyw legislacyjnych, wymiany dokumentów. Jednak warto, bo są to inwestycje, które nie tylko zwracają się z nawiązką, ale stanowią dla regionu wartość bezcenną.

Na razie regiony poszukują własnych strategii – tym razem padło na “Wschodzący Białystok”, który właśnie trafił do portfolio Eskadry (nawiasem mówiąc, na wspomnianej wyżej konferencji Kraków prezentował strategię „6 zmysłów” również przygotowaną przez tę agencję). Na razie na publicznych trawnikach w Białymstoku wzeszły żubry, przekornie przypominając o sile natury w starciu z kulturą w każdej formie.

Co tam zresztą regiony! W Saragossie całą Polskę promować będzie błękitna panienka Apolonia. Szkoda, że nie mogą jej zastąpić perwersyjne siostry Emina i Zibelda ze słynnej powieści Jana Potockiego.

Polska zresztą nie wszędzie już promocji potrzebuje – na Wyspach dostrzeżono potrzebę spolszczania niektórych mediów, bo nasi rodacy wolą czytać The Sun w „polskim oryginale”.

Odchodząc od głównego wątku muszę wspomnieć o dwóch arcyciekawych akcjach: pierwszą jest wyjątkowa, społecznościowa promocja serii książek dla młodzieży „Brzydcy”, którą przygotowała agencja Media Contacts dla wydawnictwa Egmont; drugą – nowa usługa PTK Centertel, który wprowadza od lipca fotokody, co przynieść może wiele nowych rozwiązań w komunikacji marketingowej.

Spaliny zasnują reklamę prasową?

11-06-2008 | Skomentuj »

Czy obok reklamy prasowej samochodu np. luksusowej marki, obowiązkowo zobaczymy ostrzeżenie o dużym stężeniu dwutlenku węgla i szkodliwości dla środowiska? Debata (i starcie lobbystów) toczy się właśnie w Komisji Europejskiej - donosi „Guardian” sprzed kilku dni. Wnioskodawcy chcą umieszczać komunikat na dole strony, tak aby zajmował 20 proc. powierzchni reklamy. Docelowo ograniczenia miałoby dotknąć wszystkie media (także telewizję, internet, radio). Jak łatwo zgadnąć propozycja wywołała wściekłość wydawców prasy i agencji. W szczególnie trudnej sytuacji są Ci pierwsi, jako że dochody ze sprzedaży gazet ciągle spadają, więc osłabienie kolejnego filaru jakim są reklamy byłoby bardzo bolesne.

Agencje sugerują, że wpływ reklamy prasowej na decyzje konsumenckie jest niewielki, postulując aby zastanowić się raczej dlaczego producenci samochodów wykupują tak wiele przestrzeni w magazynach drukowanych. Ta klasyczna taktyka „odwrócenia uwagi” bywa skuteczna. Przypomina mi się casus z USA, gdy w latach osiemdziesiątych zaczęto podnosić sprawę zakazu palenia w budynkach. Producenci tytoniu skontrowali, zwracając uwagę kampaniami społecznymi i programami edukacyjnymi na problem zbyt szczelnych, niewentylowanych budynków, których administratorom zależało na oszczędzaniu ciepła. Choć zakaz palenia doszedł w końcu do skutku to udało się go odwlec o kilka lat.

Ciekawe jak „zielone” obostrzenia wobec reklamy prasowej samochodów wpłynęłyby na polski rynek. Lepiej nie pisać o śmierci prasy bo niedawno wywołało to spore zamieszanie ;) Temat poruszał m. in. Mediafun.

Dzieci wiedzą lepiej (2)

08-06-2008 | Skomentuj »

Wspominałem niedawno o internetowych serwisach tematycznych poświęconych marketingowi dziecięcemu, przyszedł czas na regularne czasopismo.

“Branża dziecięca” to periodyk przeznaczony dla sklepów, producentów, dystrybutorów zabawek. Także dla marketerów. Rośnie znaczenie marketingu skierowanego do dzieci, rosną możliwości zakupowe i decyzyjne tych ostatnich. Pojawiają się nowe targi i imprezy branżowe. Dlatego pojawienie się takiego periodyku było tylko kwestią czasu.

Znajdziemy w nim porady, jak zakomponować przestrzeń sklepu i rozmieszczenie produktów, aby skuteczniej wpływać na decyzje i pragnienia małych klientów, ponadto artykuły związane z psychologią dziecka, anonsy targów i imprez branżowych.

Moja jedenastoletnia córka przestudiowała szczególnie dokładnie spis (ze zdjęciami) produktów niebezpiecznych dla dzieci, zgłoszonych do unijnego systemu RAPEX. Wśród nich były tak do niedawna popularne “filofany”, czyli włókna do wiązania makram (zawierają ftalany), a nawet plastikowa żółta kaczuszka - jak wiemy, kaczki w każdej postaci mogą być niebezpieczne.

Rusza się w wielu wymiarach

20-05-2008 | Skomentuj »

Coś się rusza w otoczeniu, coś się zmienia, prawie jak w telewizorze: „Za dnia pięknością, w nocy zaś…” pięknością, ale inną; może też nabrać pozornych trzech wymiarów, albo być widziane podwójnie. To wszystko tylko formy iluzji stosowanej w reklamie zewnętrznej, ale iluzji, na którą jesteśmy szczególnie łasi – pomysłowej, przykuwającej uwagę.

A w Internecie? Co tu przykuwa uwagę? Wiele wyjaśniają wyniki badań przedstawione podczas konferencji @rewolucja biznesu. Badania dotyczyły tradycyjnych form reklamy internetowej, choć podczas konferencji drugą młodość przeżywało zainteresowanie targetowaniem behawioralnym. Z raportu Google o polskich turystach dowiemy się z kolei o typowych zachowaniach aktywnego internauty – grabarza tradycyjnej reklamy.

Podczas innej konferencji promowano model reklamy internetowej “płać za efekt“. Model reklamy bazujący na odsłonach powoli się przeżywa, wraz ze zmianami korzystania z Internetu i ekspansją wideo na ten obszar traci uzasadnienie. Będziemy zapewne świadkami ścierania się różnych trendów, modeli reklamowania i biznesu, aż w końcu każdy z nich znajdzie swoją niszę, a co najważniejsze – wypracuje standardy.

Dzięki nowym mediom przesuwa się również granica między informacją a perswazją. Co niedopuszczalne w tradycyjnych mediach, w Internecie jest jak najbardziej na miejscu. Z drugiej strony nieefektywność klasycznej reklamy w mediach wpływa i tu na rozmycie granic między rodzajami komunikatów.

GPS i masowe mailingi sprzed stu lat

16-05-2008 | Skomentuj »

Sto lat temu też myślano o innowacjach. New Scientist pisze o wystawie gadżetów, na której można znaleźć choćby przodka dzisiejszych GPSów:

Zakupioną wcześniej mapkę właściwej trasy można sobie przewijać na tym poręcznym (naręcznym) urządzeniu (1927 rok).

Było też coś dla tych, którzy muszą wysyłać masową korespondencję. Poniższe urządzenie samo nawilża i nabija znaczki (1910 rok). Niestety nie pobiera danych adresowych z bazy i nie drukuje. No i nie spamuje (ale tylko dlatego zapewne, że nie było jeszcze Monty Pythona).