Archiwum: 'Trendy' Category


Cashvertising

26-08-2010 | Skomentuj »

Liczba marek gwałtownie rośnie. W 2006 roku amerykański urząd patentowy zarejestrował 196 tysięcy znaków handlowych, o 100 tysięcy więcej niż na początku lat dziewięćdziesiątych.  Rosnąca liczba reklamujących się brandów sprawia, że istniejące formy: telewizja, Google AdSense, wysyłki tracą efektywność. Art Marcovici zaproponował - z przymrużeniem oka - nowy kanał komunikacji: Cashvertising, reklamę na banknotach. Jak argumentuje, przeciętny banknot stu dolarowy znajduje się w obrocie przez niecałe 7,5 roku, zmieniając właściciela trzy razy w tygodniu. Reklamę umieszczoną na takim banknocie obejrzałoby więc ponad tysiąc osób.

100-campbellok1

100-amexok


VIII Dni Marketingu Sportowego

13-11-2009 | 1 Komentarz »

Tegoroczne Dni Marketingu Sportowego niemal całkowicie zdominowała piłka nożna, co w kontekście Euro 2012 zupełnie nie dziwi. Ważne, że w centrum PKOl w Warszawie zebrano najważniejsze osoby (40 prelegentów), które od strony biznesowej zdecydują o kształcie imprezy. Większość wystąpień była na tyle interesująca, że wybieranie prelekcji drugiego dnia, gdy odbywały się one równolegle w ramach trzech modułów, przyprawiało o spory ból głowy.

Jak zawsze przy tak dużych wydarzeniach – jedne prelekcje były lepsze, inne gorsze. Do tych pierwszych należało wystąpienie Bertranda Schollera. Słów dyrektora najważniejszego francuskiego stadionu, Stade de France, słuchano tym uważniej, że po kilkudziesięcioletnim zastoju jesteśmy świadkami rewolucji, jaką jest budowa nowoczesnych stadionów w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Gdańsku i Poznaniu. Z oczywistych względów brak nam doświadczeń w zarządzaniu takimi obiektami. Większość samorządów ogranicza się na razie do ogólników typu: „W nowym obiekcie będą odbywać się mecze ligowe i inne imprezy, np. koncerty” (Wrocław wyłonił kilka dni temu profesjonalnego operatora stadionu, ale wciąż nie wiadomo, czy przetarg jest ważny, bo zgłosił się tylko jeden oferent).

Francuzi ze Stade de France radzą sobie całkiem dobrze: stadion w ostatnim roku rozliczeniowym (2007–2008) zanotował obroty rzędu 119 mln euro, przynosząc 15 mln euro zysku. To efekt rozgrywania meczów reprezentacji Francji w piłce nożnej i rugby (dużo popularniejszym niż w Polsce) oraz wielu imprez, jak koncerty i ekstremalne pokazy motocyklowe.  Jak mówił Scholler, najważniejsze jest, aby stadion przynajmniej pięć razy w roku wypełniał się do ostatniego miejsca, bo wyprzedane bilety i związany z tym szum medialny mobilizują widzów i zwiększają zainteresowanie w dłuższej perspektywie. Co więcej, raz na kilka lat największe stadiony (w Polsce Stadion Narodowy, obiekty w Gdańsku, Poznaniu i Wrocławiu) co kilka lat powinny gościć eventy o skali globalnej, np. finał Ligi Mistrzów. Rywalizacja o organizację takich imprez jest duża, a komercyjne goszczenie najlepszych sporo kosztuje – przykładowo, reprezentacja Argentyny za towarzyski mecz za granicą inkasuje 2 mln euro.

Odpoczynkiem od prelekcji futbolowych było wystąpienie Jana Pommera, szefa słabo znanej w Polsce Basketball Bundesligi, sponsorowanej przez Beko, producenta AGD. Prelekcji powinni wysłuchać szefowie Polskiej Ligi Koszykówki (PLK), znajdującej się obecnie na skraju bankructwa. Rozgrywkom nie pomogły organizowane niedawno mistrzostwa Europy i Marcin Gortat. W Niemczech władze ligi trzymają kluby żelazną ręką, zmuszając do inwestowania 10 proc. zysków w szkolenie młodzieży i rozsądnego gospodarowania środkami.

Świetną prelekcję dotyczącą marketingu sportowego jako narzędzia promocyjnego miast wygłosił Lars Haue Pedersen z TSE Consulting. – Dla Polski i poszczególnych miast-organizatorów skutki takich imprez jak Euro nie są wieczne. Po imprezie wszyscy szybko o niej zapomną, tak jak kilka miesięcy po zakończeniu ostatniego Euro nikt nie interesował się już Austrią i Szwajcarią – ostrzegał. Nie ma też co liczyć na zalew turystów. Oczywiście przyjadą rzesze kibiców, ale wielu niezainteresowanych futbolem właśnie z tego powodu zrezygnuje. Ten mechanizm spowodował, że ogólna liczba odwiedzających Ateny w sezonie 2004, gdy odbywała się olimpiada, była tylko nieznacznie większa niż zwykle. To wyzwanie szczególnie dla takich miast turystycznych jak Kraków, które nie goszczą meczów Euro. Ważne także, aby wykorzystać okazję i zaakcentować element, z którym kraj nie jest kojarzony. Tak zrobili to Niemcy organizujący Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w 2006 roku. Zamiast perfekcyjnej organizacji i hasła „ordnung muss sein”, z których i tak słyną, podkreślano „młode Niemcy”: spontaniczną radość, zabawę, entuzjazm.

Jedynym słabszym momentem imprezy był panel dyskusyjny. To paradoks, jeśli spojrzymy na grono uczestników: Karen Earl – prezes European Sponsorship Association & Synergy, Jonathan Ford – menedżer sponsoringu Coca-Coli na Europę, Paul Meulendijk – dyrektor sponsoringu Master Card i wspomniany już Jan Pommer. Problemem było prowadzenie i banalne pytania. „Jaki był to rok dla sponsoringu?” – brzmiało pierwsze z nich. OK, załóżmy, że była to rozgrzewka. Niestety, potem nastąpiła seria: jaki będzie rok przyszły, jakie są trendy, jakie rady dla Polski… Rozumiem, że nie zawsze możliwe jest wywołanie żywej dyskusji, ale skończyło się na mechanicznym odpytywaniu znakomitych (jak w tym przypadku) gości. W dobrym panelu prowadzący powinien odpowiednio wcześniej skontaktować się z uczestnikami, aby uzgodnić poruszane tematy i częściowo zaplanować przebieg dyskusji – podobnie jak planuje się produkcje telewizyjne. Dość powiedzieć, że najciekawszy wątek poruszono po pytaniu z sali…

Drugiego dnia ze względu na równoległość prelekcji i konieczność wcześniejszego powrotu do Krakowa wysłuchałem tylko modułu naukowego. Szczególnie spodobała mi się prelekcja Kingi Szkutnik z agencji Practum Consulting, obsługującej Widzew Łódź. Relacje z mediami dużego jak na polskie warunki klubu zmuszają do funkcjonowania w warunkach niemal ciągłego kryzysu (pod tym względem przypomina mi to trochę komunikację partii politycznych). Odmiennie niż w przypadku przedsiębiorstw, gdy to PR-owcy starają się zainteresować dziennikarzy informacjami o firmie, artykuły na temat klubu powstają codziennie, więc dziennikarze muszą szukać newsów. Piłkarze, którzy sami są osobnymi markami, gwiazdami lokalnej społeczności, przyzwyczaili się do indywidualnych kontaktów z dziennikarzami, mającymi numery ich prywatnych komórek, co utrudnia panowanie nad spójnością przekazu wychodzącego z klubu. Wreszcie – sami dziennikarze sportowi są często kibicami konkurencyjnych zespołów. Nie oznacza to oczywiście stronniczości mediów, ale nie można powiedzieć, aby było bez znaczenia.

Przyszłość mediów – przyszłość słowa

30-10-2009 | 2 Komentarzy »

Wczorajsze spotkanie Kraków PR, tak jak dwa poprzednie, dotyczyło zagadnienia związanego z mediami, czyli relacji między prasą drukowaną a Internetem.

Najpierw parę słów o miejscu. Od sali konferencyjnej w Instytucie Nafty i Gazu lepszy byłby moim zdaniem jakiś zaciszny lokal w Rynku czy na Kazimierzu :)  Dlaczego? Chociażby ze względu na gawędziarskie talenty zarówno dyskutujących, jak i moderującego dyskusję Konrada Myślika.

Dużo bardziej odpowiadał mi dobór rozmówców. Zbigniew Bajka z UJ wniósł do dyskusji szerokie, nazwijmy to – historyczne spojrzenie oraz znajomość mnóstwa adekwatnych anegdot. Perspektywę bardziej biznesową, ogarniającą najnowsze trendy reprezentował natomiast Maciej Kossowski, dyrektor pionu sprzedaży usług marketingowych Grupy Onet.

Oczywiście nie obyło się bez przypomnienia słynnej reklamy agencji interaktywnej Artegence, tej z nagrobkiem: „Prasa Drukowana 1452 – 2012”. Jak mówił jednak Zbigniew Bajka, rywalizacja z Internetem to obecnie przede wszystkim problem dużych wydawców ogólnopolskich. Prasa lokalna ma się całkiem dobrze. Istnieją gazety wydawane dla niewielkich społeczności, w  małych miasteczkach i powiatach. Notują one nakłady rzędu 10 tys. egzemplarzy. Dla porównania: nakład opiniotwórczego, ogólnopolskiego „Dziennika” wydawnictwa Axel Springer, gdy de facto schodził on ze sceny (oficjalnie połączył się z „Gazetą Prawną” Inforu), wynosił ok. 70 tysięcy. Doktora Bajki, znającego poziom konsumpcji mediów wśród studentów dziennikarstwa, taki wynik nie dziwi. Gazet nie czytają nawet zdeklarowani przyszli dziennikarze prasowi…

Poruszono (szkoda, że ze względu na ograniczenia czasowe nie udało się szerzej) kwestię wykorzystywania przez portale treści drukowanych. Od kilku miesięcy trwają w tej sprawie rozmowy, choć trudno na razie mówić o istnieniu sprawnego modelu współpracy. Jak stwierdził Maciej Kossowski, Onet zatrudnia coraz więcej dziennikarzy, odsetek informacji własnych w portalu to ok. 30 proc. Wielu dziennikarzy prasowych przeniosło się do Sieci: tak zrobił choćby Dariusz Wołowski, przez wiele lat dziennikarz „Gazety Wyborczej”, obecnie w Interii.

Doktor Bajka przypomniał, że sprawa wykorzystywania cudzej treści nie jest niczym nowym. Problem istniał jeszcze przed powstaniem prawa autorskiego. W XVIII wieku masowym procederem było kopiowanie, jak powiedzielibyśmy dzisiaj – „contentu” z gazet angielskich przez ich francuskie odpowiedniki, za którymi z kolei treści podchwytywały gazety hiszpańskie.

Dość sceptycznie odniesiono się natomiast do pomysłu, o którym przeczytałem niedawno na blogu Krzysztofa Urbanowicza, a mianowicie do wprowadzania przez portale płatnej zawartości skierowanej do klienta masowego.

Kto zagrał, ten przegrał?

30-09-2009 | 1 Komentarz »

Od kilku dni bierzemy udział w wydarzeniu medialnym pt. „Kumulacja w Lotto”. „Przydałby się jakiś nowy samochód, może telewizor” - mówi jedna z grających, mając nadzieję na zgarnięcie przynajmniej części z 40 milionów. Piotr Gawron z Totalizatora Sportowego, który organizuje loterię, kusi na łamach „Rzeczpospolitej” w sposób niebanalny: „wygrać może każdy, kto da sobie szansę i zagra”.

Dzisiaj, gdy wiadomo już, że padło kilka szóstek, drobną wygraną pochwalił się nawet wicepremier Waldemar Pawlak. Jak dla mnie jest to spektakl dość smutny, bo państwowa loteria działająca na obecnych zasadach to nic innego, jak wykorzystywanie ludzkich złudzeń. Rodzaj atrakcyjnie opakowanego, szlachetnie uzasadnianego podatku, płaconego głównie przez warstwy gorzej wykształcone i nie najlepiej zarabiające.

Jak twierdzi niemiecki socjolog i psycholog, badacz gier losowych Mark Lutter, kto gra w totolotka, ten już przegrał, bo statystycznie połowa zainwestowanych środków przepada. Im częściej gramy, tym bardziej zbliżamy się do tego wyniku. Statystycznie lepsze rezultaty przyniosłoby umieszczenie pieniędzy na lokacie oszczędnościowej. Prawdopodobieństwo wygranej to 1 do 14 milionów, a np. w ruletce to 1 do 37. Co więcej, 92 procent badanych przez Luttera graczy stwierdziło, że nigdy nie liczą na wygraną. Po co więc gramy? Tak naprawdę w kolekturze nie płacimy za kupon. Kupujemy ulotne, trwające do momentu losowania złudzenia: nowe domy, samochody, podróże. Jednym słowem dobrobyt.

Statystycznie skłonność do gry spada wraz ze wzrostem wykształcenia. Co ciekawe, najczęściej w kolejce do kolektury wcale nie stoją bezrobotni czy najbiedniejsi. Główną klientelę stanowią ludzie mający stałą, choć nie najlepiej płatną pracę (a więc i środki na zakup kuponu). Wielu jest emerytów. Uważają, że zasługują na więcej, a jedyną możliwość awansu społecznego widzą w wygranej na loterii.

W Niemczech dochody państwa z gier losowych są wyższe niż z podatków z tytułu działalności gospodarczej. Nie wiem, jakie są dane z Polski, ale pewnie nie różnią się znacząco. Totalizator w świetle ustawy o grach losowych jest monopolistą, należącym całkowicie do Skarbu Państwa; 25 procent wartości każdego zakładu przekazywane jest do Ministerstwa Kultury i Ministerstwa Sportu. Oczywiście nie ma w tym nic złego, podobnie jak słuszne były pobudki, jakimi kierowano się przy organizowaniu pierwszych loterii. W czasach nowożytnych służyły one sfinansowaniu konkretnego przedsięwzięcia: rozbudowie miejskiego portu, odbudowie miasta po klęsce żywiołowej lub, tak jak w USA, stworzeniu biblioteki Uniwersytetu Harvarda.

Obecne, trwające permanentnie loterie to rodzaj podatku płaconego przez uboższą część społeczeństwa. Podatek ten wpływa do budżetu, a płatnicy nie mają pojęcia, na co zostaje przeznaczony. W warunkach polskiej, niesprawnej administracji spora jego część jest pewnie marnotrawiona.

Koniec kryzysu?

20-09-2009 | 1 Komentarz »

Nie mogłem się powstrzymać i dałem taki tytuł, zdając sobie sprawę, że może to być klasyczne myślenie życzeniowe… Takie pytanie pojawiło się, gdy w ostatni piątek zaczęła się nowa kampania reklamowa Banku Millennium, w której zespół Zakopower namawia nas do budowy domu.

Wybuch kryzysu finansowego zeszłej jesieni sprawił, że banki (na polecenie przerażonych central) zaczęły gromadzić środki i bardzo szybko ograniczyły dostęp do kredytów, szczególnie udzielanych na potęgę kredytów hipotecznych. Reklam wykupionych przez domy mediowe tak łatwo nie dało się jednak zatrzymać i jeszcze przez miesiąc oglądaliśmy spoty zachęcające do pożyczania na mieszkanie czy dom. Gdy w końcu przestawiono reklamową maszynerię banków na tryb „oszczędzamy”, połowę bloków reklamowych wypełniły „super-lokaty z super-oprocentowaniem”. Oby jesienny spot był pierwszym zwiastunem ekonomicznej wiosny, czyli łatwiejszego dostępu firm i konsumentów do „prawnego środka płatniczego”.

Demokratyzacja rozmamłania

21-08-2009 | Skomentuj »

„Rozmamłani, czyli antymoda” to tytuł, komentowanego w innych mediach, wczorajszego artykułu „Rzeczpospolitej”.

Ludzie zbuntowali się przeciwko karuzeli nowinek. W rezultacie na topie jest… abnegacja. Daje się to zauważyć zwłaszcza latem – i w kurortach, i w stolicy. Moda jako masowe zjawisko przestała istnieć. Tak jeszcze nigdy nie było. Polakom znudziło się śledzenie ubraniowych trendów. Niestety, zamienili to na niechlujstwo. Przodują w nim warszawiacy.

Autorka w dowcipny i celny sposób opisuje ubraniowe kreacje „popełniane” przez przechodniów. Podczas lektury przypomniała mi się wydana przed dwoma laty „Rozkoszna Zaraza. O rządach mody i kulturze konsumpcji”, której autorzy (redakcja: Tomasz Szlendak i Krzysztof Pietrowicz) od strony naukowej tłumaczą genezę zjawiska zauważanego obecnie na łamach „Rzeczpospolitej”. Dlaczego wiele kobiet nosi okropne, kiczowate stroje, niebędące żadną kopią jakichkolwiek mód prezentowanych corocznie na paryskich czy mediolańskich wybiegach? To równie częste, jak obnoszenie się z ubraniami niedostosowanymi do własnej tuszy. Wszystkiemu winna jest demokratyzacja mody. Teza ta mówi, że zanika dzisiaj podział klasowy w sferze ubioru, a sama moda stała się fantazją człowieka na swój własny temat: to gra, w której możemy uczestniczyć dla własnej przyjemności. Dlatego modne jest to, co się komu podoba.
W czasach PRL-u, do których odwołuje się autorka („Nawet w najcięższych czasach komuny Polacy nie prezentowali się równie fatalnie. Przeciwnie, za czerwonego szpanem było wypracować zachodni image”), ubrania były po prostu dla przedstawicieli wielu warstw społecznych drogie i trudno dostępne. Globalizacja i wzrost zamożności sprawiły, że niemal każdego (poza bezdomnymi i najuboższymi) stać na zakup sporej ilości ubrań.

Dziewięć trendów zmieniających kontakty międzyludzkie

03-07-2009 | Skomentuj »

Trafiłem właśnie na nienowy, bo pochodzący chyba z zeszłego roku, ale warty uwagi esej Jana Chipchase, opisujący 9 trendów związanych z technologią, które w przyszłości zmienią charakter interakcji międzyludzkich. Autor zajmuje się badaniami nad ludzkim zachowaniem w zespole projektowym Nokii. Mieszka w Tokio.

1. Komunikacja stanie się bardziej kieszonkowa (ang. pocketable). W coraz większym stopniu będziemy mogli używać narzędzi technologicznych do komunikowania się, rozrywki, zrozumienia, gdzie jesteśmy i co chcemy robić za chwilę.

2. Poza usługami, których podstawowym celem jest zapewnienie równoczesnej interakcji dużej liczbie osób, częściej projektowane będą urządzenia zapewniające dużą ilość indywidualnych doświadczeń. Inaczej mówiąc – będziemy w tym samym miejscu robić to samo, ale za pomocą pojedynczych urządzeń. Najprostszy przykład to Japończycy używający filtrów na wyświetlaczach swoich komórek, które utrudniają życie np. pasażerom metra zaglądającym przez ramię oglądającemu filmik w telefonie, ale także kilku znajomym, którzy chcieliby równocześnie oglądać film.

3. Telefony, laptopy, usługi, infrastruktura – wszystko to sprawia, że w coraz większym stopniu stajemy się częścią sieci i zostawiamy coraz więcej śladów pozwalających zlokalizować np. gdzie jesteśmy, z kim i co będziemy robić w najbliższym czasie.

Choć Chipchase nie pisze o tym wprost, takie ślady to zdjęcie zrobione telefonem komórkowym, profil na Naszej Klasie czy historia wyszukiwania w Google, nie mówiąc już o Google Earth.

4. Szybkie upowszechnianie się technologii – od dzielenia się muzyką i zdjęciami aż po osobiste informacje – skutkuje presją krewnych, znajomych czy pracodawców, wywieraną na niechętnych jej stosowaniu. Już teraz wielu pracowników nie mogłoby pozwolić sobie na rezygnację z telefonu komórkowego czy Internetu. Oznaczałoby to dla nich wyrzucenie się poza nawias społeczeństwa.

5. Usługi on-line znacznie skracają czas między zadaniem pytania i uzyskaniem odpowiedzi. Otrzymujemy dostęp w czasie rzeczywistym do olbrzymiej ilości informacji na temat innych: ich dotychczasowego życiorysu, tego, co robią obecnie – to zaś pozwala nawet przewidzieć, co zamierzają robić w najbliższym czasie. Oczywiście wszyscy staramy się kontrolować informacje o nas, jakie udostępniamy innym, ale liczba miejsc, w których zostawiamy ślady sprawia, że autokreacja jest coraz trudniejsza.

6. Technologia będzie używana przez coraz młodsze osoby, nie rozumiejące jeszcze zasad netykiety obowiązujących w kontaktach on-line czy przy korzystaniu z internetowych narzędzi. „Jak szybko te obowiązujące w świecie dorosłych zasady staną się niszowe?” – pyta Chipchase.

7. Pomimo wysiłków, jakie podejmujemy, aby utrzymać rozgraniczenie między życiem prywatnym a pracą, obie te sfery będą się zlewać ze względu na wygodę i presję społeczną.

Codzienna podróż samochodem, pociągiem czy metrem nie oznacza już końca pracy – za pomocą komórek czy laptopów wiele osób np. odpowiada na e-maile. Technologia przyśpiesza erozję norm społecznych także w konserwatywnych społeczeństwach, takich jak irańskie. Choć tamtejsze prawo nakazuje kobietom zakrywanie twarzy, po upowszechnieniu się komórek popularne stało się rozsyłanie znajomym zdjęć z odkrytą twarzą.

8. Zmiany technologiczne będą tak szybkie, że cykl życia niektórych usług mierzony będzie w dniach, a nawet w godzinach.

9. „Kieszonkowość” (pkt 1) doprowadzi do stworzenia urządzeń „niewidzialnych”, czyli tak małych, że niedostrzegalnych dla ludzkiego oka.

Jest ryzyko, nie ma zabawy?

20-05-2009 | Skomentuj »

Dzisiejsza „Gazeta Wyborcza” donosi o kłopotach serwisu Monetto.pl, który zarabiał na pośredniczeniu we wzajemnych pożyczkach udzielanych sobie przez internautów.  Szybko pojawiły się opinie:

kolejny parabank, kolejni uszikani i naiwni ludzie zrobieni w konia :( piotras_wlkp

Jest jakas granica ludzkiej glupoty???? Wg mnie takie portale to zdecydowanie
jakieś obszary bliskie dnu, ale jak widac tysiace osob “robia interes”….  maniek_ok

Na szczęście są też inne, bardziej zrównoważone opinie; w końcu przyczyn kłopotów Monetto może być  mnóstwo. Niemniej takie komentarze internautów przypomniały mi rozmowę z Łukaszem Banachem, gdy kilkanaście miesięcy temu pisałem artykuł o social lending i debiucie Monetto. Zapytałem, czy nie obawia się panującego nad Wisłą braku zaufania między ludźmi, na co mój rozmówca odparł, że Polska nie różni się pod tym względem od innych krajów. Może był to urzędowy optymizm, bo jak powiedział niedawno prof. Janusz Czapiński w wywiadzie dla „Polityki”, poziom kapitału społecznego jest u nas najniższy na świecie: przeciętny Polak ufa jedynie rodzicom, dzieciom, żonie lub mężowi, szwagrowi i jednemu lub dwóm przyjaciołom. Całą resztę uznaje za obcych, od których nie ma prawa oczekiwać lojalności i uczciwości. Zagadnienie kapitału społecznego komentuje również na swoim blogu Grzegorz Kosson.

Tabloid bojkotowany od 20 lat

16-04-2009 | Skomentuj »

Wczoraj minęło dwadzieścia lat  od jednej z największych tragedii w historii brytyjskiego futbolu. Podczas finału pucharu Anglii, na stadionie Hillsborough śmierć w wyniku stratowania (do którego doprowadziła niedoskonała konstrukcja stadionu i błędy służb porządkowych) poniosło 96 kibiców FC Liverpool. Warto zwrócić uwagę, że jednym ze skutków tragedii był chyba najdłuższy (trwa do dzisiaj) bojkot konsumencki w historii. Najpopularniejsza gazeta w Liverpoolu, „The Sun”, w nierzetelnym, opartym na niesprawdzonych informacjach artykule zarzuciła kibicom The Reds przeszkadzanie policji i służbom porządkowym w czasie akcji, a nawet okradanie zwłok. Mieszkańcy miasta, zamiast domagać się przeprosin czy pozywać „The Sun” do sądu, po prostu przestali kupować tytuł. Do akcji włączyli się nawet miejscowi dystrybutorzy prasy. Kierownictwo gazety zlekceważyło kryzys, niedoceniając determinacji liverpoolczyków. Przeprosiny i przyznanie się do błędu po kilku latach były spóźnione - konsumenci wątpili w ich szczerość. Sprzedaż, sięgająca w 1989 roku 200 tys. egzemplarzy, w wyniku utrzymującego się do dziś bojkotu spadła drastycznie, osiągając w 2004 roku marne 12 tys.

Reklama i design w albumach

07-04-2009 | Skomentuj »

houseofalbums_21W ostatni piątek miałem okazję uczestniczyć w otwarciu House of Albums, niszowej księgarni specjalizującej się właśnie w albumach (Kraków, ul. Św. Tomasza 25). Ciekawy pomysł, bo choć książki i muzyka świetnie sprzedają się w Internecie, to w przypadku albumów ważna jest możliwość dotknięcia towaru. Znalazłem kilka pozycji dotyczących reklamy i designu - monumentalną „History of Advertising” Stephane’a Pincasa i Marca Loiseau czy Big book of Layouts Davida Cartera. Interesujący może być także album z chińskimi plakatami propagandowymi. Te wypadają dużo ciekawiej niż kreacje oglądane na polskich ulicach (koszmarne, przeładowane zrzuty z reklamy telewizyjnej), które pewnie przeraziłyby nawet krwiożerczych hunwejbinów z czasów chińskiej rewolucji kulturalnej.